Powiat szamotulski. Czarnobyl widziany oczyma naszych mieszkańców. "Te budynki, te opustoszałe miejsca łączą się w jedną opowieść"

RED
Czarnobyl widziany oczyma naszych mieszkańców Krystian Janiszewski, Łukasz Wlazik
W roku 2016 mieszkańcy powiatu szamotulskiego - Łukasz Wlazik i Krystian Janiszewski wyjechali do Czarnobyla, by na własne oczy zobaczyć kawałek tragicznej historii. Opowiadali nam wówczas o strefie wykluczenia i ogromnej pustce, jaka wypełnia okolice Prypeci. Dziś wspominamy ten materiał

Niedługo minie 35 lat od katastrofy w Czarnobylu

Była godzina 1.23 w niedzielę 26 kwietnia 1986 roku, kiedy życie pracowników elektrowni jądrowej znajdującej się nieopodal Czarnobyla w ówczesnym Związku Radzieckim, zmieniło się na zawsze. Nie tylko ich zresztą. W wyniku przegrzania rdzenia reaktora bloku IV elektrowni doszło do wybuchu, pożaru oraz rozprzestrzenienia substancji promieniotwórczych. Skażeniu uległ olbrzymi teren na pograniczu Białorusi, Ukrainy i Rosji. Wysiedlono ludzi mieszkających w najbliższej okolicy (z samej Prypeci 50 tys. osób), a ponad 1,5 mln osób ucierpiało na zdrowiu. Miasteczka i wsie opustoszały. Chmura radioaktywna, jaka wyemitowana została z uszkodzonego reaktora, rozprzestrzeniła się po całej Europie.

Nie wszyscy z wysiedlonych pogodzili się z rozłąką z domem. Wielu z nich mimo niebezpieczeństwa, wróciło na skażony teren po roku lub później. Wielu zostało. Niektórzy mieszkają tam do dziś. Inni, tzw. eksploratorzy zaglądają w okolice Prypeci z ciekawości. Po to, by na własne oczy zobaczyć kawałek tragicznej historii. Ujrzeć rzeczywistość po jednej z największych katastrof przemysłowych XX wieku.

Dziś mija 35 lat od awarii reaktora jądrowego. W roku 2016 Łukasz i Krystian opowiadali nam o strefie wykluczenia, w której spędzili 3 dni. I o tym, że chcą tam wrócić. Przypominamy materiał Magdy Prętkiej.

Czarnobyl widziany oczami naszych mieszkańców

Mówią, że przeżyli przygodę życia. Zobaczyli coś, co od zawsze funkcjonowało tylko w strefie ich marzeń. Od lat. Łukasz Wlazik ze Szczepankowa i Krystian Janiszewski z Szamotuł postanowili wyjechać do strefy wykluczenia, by zajrzeć do świata, którego już nie ma. I do miejsc, w których czas się zatrzymał.

W pamięci Krystiana bardzo wyraźnie zachowało się wspomnienie płynu Lugola, który pił po przemarszu z okazji 1 maja w przychodni przy ulicy Garncarskiej. Łukasz jest młodszy. Gdy doszło do katastrofy nie było go jeszcze na świecie. O zdarzeniu i miejscu, w którym do niego doszło dowiedział się... z gry komputerowej „Call Of Duty MW”.

- Jedna z akcji rozgrywała się w Prypeci, gdzie należało wykonać tajemniczą misję. Świetnie przedstawiono scenerię. Zainteresowała mnie, a przez to zacząłem szukać informacji na temat tego miejsca i zdarzenia. Zbierałem materiały, mapki, cały czas pogłębiałem wiedzę – wyjaśniał Łukasz Wlazik – Chciałem wyjechać już w roku 2009, 2010, ale ostatecznie wyprawa nie doszła do skutku – dodawał.

Wyjechali z Warszawy wraz ze zorganizowaną grupą. W Polsce kilka osób zajmuje się tego typu akcjami. Ich wielka przygoda rozpoczęła się 4 kwietnia 2016 roku. Ze stolicy autobusem wyruszyli do Kijowa, a następnie do Sławutycza. To tam, w mieście wybudowanym już po katastrofie w 1986 roku z myślą o pracownikach elektrowni, znajdowała się ich baza noclegowa. Pobudki były bardzo wczesne. Przez 3 dni budzik dzwonił chwilę po godzinie 5.00. O 7.40 czekał już na nich pociąg, a w zasadzie kolejka pracownicza, którą pokonywali dystans 50 km (przekraczając m.in. Białoruś), by dostać się na teren elektrowni. Kurs powrotny odbywał się o godzinie 20.40.

– Strefa wykluczenia podzielona jest na 2 podstrefy. Jedna liczy ok. 10 km, druga ok. 30. Oficjalnie nie ma tam nikogo, nieoficjalnie w drugiej podstrefie mieszka ok. 200 osób. To starsi ludzie, którzy nie pogodzili się z wysiedleniem i wrócili do swoich domów po roku od wybuchu. Wolą mieszkać w ciężkich warunkach, ale być u siebie – opowiadał Łukasz.

Powiat szamotulski. Czarnobyl widziany oczyma naszych mieszk...

"Oko Moskwy" budzi uznanie swym ogromem

Jednym z pierwszych punktów wyprawy była eksperymentalna ferma norek. Po wybuchu, naukowcy prowadzili tam badania na zwierzętach. Norkom podawano do jedzenia m.in. napromieniowane ryby.

– Badano je pod różnym kątem. I co ciekawe – futra norek nie uległy napromieniowaniu, w związku z czym były sprzedawane – wyjaśniał Łukasz.

Ogromnie wrażenie na eksploratorach wywarło „Oko Moskwy”. To 2 zespoły anten o wysokości 90 i 150 m, których celem było namierzanie pocisków balistycznych, jakie mogły zostać wystrzelone z terenu USA. Pod antenami działało zaś małe miasteczko skupiające ok. 1000 osób. Mieszkali w nim wyszkoleni oficerowie wraz z rodzinami, którzy obsługiwali cały obiekt. Dziś anteny już nie działają, ale konstrukcja wciąż budzi uznanie swym ogromem.

Chociaż teren elektrowni jest monitorowany i pilnie strzeżony, nie wszyscy odwiedzający potrafią dostosować się do panujących tam zasad. Tych, którzy zaglądają w okolice nieukończonych chłodni kominowych (w założeniu miały chłodzić blok 5 i 6), często kusi wspinaczka po starym rusztowaniu.

– Chodzi o widoki. Niestety może się to skończyć aresztowaniem – opowiadał Krystian.

Łukasz wymieniał kolejne miejsca, które mogli zobaczyć. Wśród nich znalazła się wciąż działająca rozdzielnia prądu, wspomniane wcześniej bloki 5 i 6 (również nieukończone), a także tzw. nowa arka, czyli – jak mówił Łukasz – największa na świecie „budowla na kółkach” będąca wówczas w trakcie realizacji. W rzeczywistości był to nowy sarkofag elektrowni jądrowej (kopuła, która w 2019 roku przykryła reaktor).

KATASTROFA W CZARNOBYLU: 10 RZECZY, KTÓRYCH MOŻECIE NIE WIEDZIEĆ [CIEKAWOSTKI]

– Byliśmy przy wejściu do elektrowni. W pierwszych pomieszczeniach, gdzie wciąż pracują ludzie obowiązuje całkowity zakaz nagrywania i fotografowania. Następnie trzeba przejść przez liczne barierki. Otrzymuje się biały kitel i maseczkę – wyjaśniali eksploratorzy – Weszliśmy do tzw. złotego korytarza, który łączy ze sobą 4 bloki elektrowni. Liczy ok. 600 m. Dotarliśmy nim do sterowni bloku nr 2, znajdującej się tuż obok bloku nr 4, gdzie doszło do katastrofy. W pewnym momencie dzieliła nas tylko ściana. Nie można tam zbyt długo przebywać, maksymalnie 20 – 30 minut. W jednym z pomieszczeń znajduje się też tablica pamiątkowa poświęcona pracownikowi, którego ciała nigdy nie odnaleziono – opowiadali.

W elektrowni wciąż pracują ludzie

W elektrowni wciąż pracują ludzie. W 2016 roku było ich około 5 tys. Praca odbywa się jednak w oparciu o częste zmiany. Czym się zajmują?

– Biorą udział m.in. w całym procesie chłodzenia reaktora, który wyłączono w roku 2000. Reaktory należy wciąż chłodzić, bo w innym wypadku może dojść do wybuchu– wyjaśniał Łukasz – Pracownicy dbają też o cały teren, doglądają go, wykonują prace porządkowe – dodawał.

Promieniowanie na terenie elektrowni nie przekracza dopuszczalnych norm. W całej strefie wykluczenia znajdują się zresztą liczne bramki dozymetryczne. Jeśli wykryją jakiś wzrost, odwiedzający proszeni są np. o pozostawienie obuwia. Łukasz i Krystian przekonywali jednak, że o niebezpieczeństwie napromieniowania nie ma mowy. Mimo to na obszarze elektrowni i wokół niej jest kilka miejsc, do których odwiedzający nie mają wstępu ze względu na pewne ryzyko. Jednym z nich jest „czerwony las”.

– W chwili wybuchu reaktora radioaktywny pył przeniósł się na pobliski las, w wyniku czego miejsce to „zardzewiało”. Las dosłownie stał się rudy. Potem został zakopany, ale teren wciąż jest radioaktywny – wyjaśniał Łukasz.

Ogrom pustki jest przerażający

Po elektrowni oprowadzali ich „ludzie stamtąd”, dzięki czemu mogli sporo się dowiedzieć.

– Andrzej miał 15 lat, gdy doszło do wybuchu, a Siergiej 30. 26 kwietnia 1986 roku był na nocnej zmianie w elektrowni. Kiedy wiadomo już było, co się stało, zadzwonił do żony, by zamknęła wszystkie okna w domu, spakowała się z dziećmi i razem z siostrą oraz z jej rodziną (oraz Sergiejem, który wrócił później z pracy – przyp.red.) wyjechali do rodziców na Ural. Przeczuwał tragedię – opowiadali.

Ogrom pustki panującej dookoła elektrowni jest przerażający. Łukasz i Krystian w sposób szczególny odczuli to przechadzając się po Prypeci, gdzie spędzili 2 dni.

– To było 50 – tysięczne miasto dla pracowników elektrowni, które w zasadzie w jednej chwili opustoszało – opowiadali – Trudno to zrozumieć. Szczególnie, gdy zagląda się do miejsc, które niegdyś tętniły życiem. Eksplorowaliśmy m.in. szpital składający się z 5 budynków, był jednym z najlepiej wyposażonych lecznic w całym ZSSR. Piwnica szpitalna również jest miejscem pewnego ryzyka. Znajdują się tam stroje strażaków uczestniczących w gaszeniu pożaru elektrowni. Po akcji przywieziono ich do lecznicy, jeden zmarł na miejscu, kilku innych niedługo potem. Byliśmy też na basenie, w teatrach, wesołym miasteczku, które nigdy nie zostało otwarte. Uruchomiono je tylko raz przed majowym świętem, by sprawdzić, czy wszystko działa. Nikt jednak nigdy z niego nie skorzystał. Duże wrażenie wywarły na nas także zakłady „Jupiter”, gdzie oficjalnie produkowano odbiorniki radiowe, ale nieoficjalnie mówi się, że prowadzono tam prace nad czarnymi skrzynkami do pocisków atomowych oraz paliwem jądrowym. Wejście do piwnicy zakładów też wiąże się z pewnym ryzykiem, dlatego dodatkowo zostało zalane wodą, by nikt tam nie wchodził – tłumaczyli.

Prypeć. Przerażające zdjęcia z wymarłego miasta [GALERIA]

Ludzie "samosieje"

Nie tylko Prypeć, ale i mnóstwo wiosek wokół opustoszało. Strefa wykluczenia przypomina świszczący las, który skrywa w sobie tragiczną historię.

– Najbardziej przerażające są te chwile, kiedy wchodzi się do przedszkola i zastaje widok pozostawionych zabawek, lalek, pluszaków. Dzieci musiały w jednej chwili opuścić miasto wraz z rodzicami, niby tylko na 3 dni, a jak się okazało – nie wróciły tam nigdy – opowiadał Łukasz.

Krystian mówił o opuszczonym ośrodku dla dzieci znajdującym się w jednym z pobliskich lasów.

– Wszystko jest opuszczone, zniszczone, a kiedyś pewnie dzieciaki spędzały tam wakacje – tłumaczył.

Poza pracownikami elektrowni w strefie wykluczenia trudno dostrzec ludzi. A jednak niektórzy po katastrofie wrócili do okolicznych wsi.

– To tzw. ludzie „samosieje”. Mają ponad 80 lat, otrzymują emeryturę, objęci są pomocą społeczną. Raz na tydzień przyjeżdża do nich coś w rodzaju „sklepu na kółkach”. Spotkaliśmy się z nimi, rozmawialiśmy, poczęstowano nas chlebem i pobłogosławiono. To jednak bardzo smutny widok, gdy patrzy się na nich siedzących przed niszczejącymi domami – mówił Łukasz.

Odwiedzili też Czarnobyl, w którym w 2016 roku mieszkało ok. 80 – 100 osób. To tam znajduje się aleja z tablicami nazw wsi, które wysiedlono. Są ich setki. Miejsce to dobitnie pokazuje skalę, a raczej skutki całej katastrofy.

– Kiedy wróciłem do domu, z trudem mogłem uporządkować myśli. To zostaje w głowie – podkreślał Łukasz.

Krystian dopowiadał: – Pozostał niedosyt, dlatego chcemy tam wrócić. Widzieliśmy niby sporo, ale jeszcze nie wszystko. Ten teren skrywa mnóstwo historii.

– Te budynki, te opustoszałe miejsca łączą się w jedną opowieść – skwitował Łukasz.

Wideo

Materiał oryginalny: Powiat szamotulski. Czarnobyl widziany oczyma naszych mieszkańców. "Te budynki, te opustoszałe miejsca łączą się w jedną opowieść" - Szamotuły Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie