Grzmot ogłuszającej elektronicznej perkusji. Krzykliwy, ale dobitny rap. Czterech wokalistów zmieniających się przy mikrofonie. I to ma być rock progresywny?!

Szczęśliwcy, którym udało się kupić bilety (zabrakło ich już dwa miesiące temu), mogli tego wszystkiego posłuchać we wtorek na żywo w poznańskim Eskulapie. Zapewne potwierdzą chętnie: tak, to jest właśnie ten gatunek rocka, który ze swej istoty ma wyprzedzać aktualne mody i wytyczać nowe kierunki. A że nie ma tu kilkuminutowych solówek w stylu Yes i Marillion? Brytyjski zespół Archive od początku nie szukał w tych kręgach inspiracji, zwracając się na początku swej działalności w raczej stronę trip-hopowych eksperymentów Massive Attack i Morcheeby. Z tego okresu Archiwistom pozostał brak awersji do instrumentów elektronicznych i mieszania ich syntetycznych brzmień z dźwiękami wydawanymi przez gitary, pianino i perkusję.

Koncert Archive okazał się muzyczną jazdą kolejką górską bez pasów bezpieczeństwa. Zaczęli czterema mocnymi utworami, z kulminacją na ogłuszającym "Finding It So Hard" i rapowanym "Raized To The Ground". Po nim nastąpiła zmiana przy mikrofonie i podniosła ballada "Collapse / Collide" z żeńskimi wokalizami.

Określenie "ballada" nie zawsze oddaje istotę spokojniejszych utworów Archive, bo na przykład "Fuck You" mimo wolnego (w pierwszej części) tempa jest utworem podnoszącym temperaturę doznań o ładnych kilka stopni, co w chronicznie dusznym Eskulapie spowodowało co najmniej dwa omdlenia. Połączenie wszystkich elementów muzyki Archive to z kolei "You Make Me Feel", w którym raper Rosko John i wokalistka Maria Q współistnieli zgodnie i harmonijnie.

Fani obawiali się, że tak jak podczas ostatnich koncertów w Niemczech Archive pominą kilka istotnych fragmentów swej twórczości. Niepotrzebnie: "Fuck You" i "Lights" usłyszeliśmy już w zasadniczej części występu, aktualny przebój "Bullets" przy okazji pierwszego zestawu bisów, a najbardziej cierpliwi (spora część widowni pobiegła po kurtki) doczekali się na finał kultowego "Again". Nie do końca rozumiem fenomen tej dość zwykłej (tak muzycznie, jak i tekstowo) piosenki, ale polski tłum śpiewający jej słowa po angielsku, to widok dający do myślenia. Podobnie jak dwóch głośno śmiejących się w tym samym czasie idiotów z aparatem fotograficznym, kompletnie nie zainteresowanych tym, co działo się na scenie...

Czy zatem Archive to rock progresywny? Dziś świat zachłystuje się nowymi płytami Kasabian i Editors, mocno wiążącymi rockową energię z elektronicznymi narzędziami jej wytwarzania. We wtorek można było sobie przypomnieć, że daleko mniej popularni w Europie Archive tworzą w podobny sposób od ponad dekady. I potrafią się Polakom za tę wiedzę odwdzięczyć.

Wiadomości

Komentarze (3)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

malinconia (gość)

Cóż, to zależy, jak rozumiemy definicję rocka progresywnego. W przypadku Archive ta etykieta chyba nie jest właściwa, w każdym razie na pewno jest niepełna, wydaje mi się, że już więcej w tejże muzyce jest właśnie trip-hopu. Pozdrawiam.

Madziara (gość)

Koncert niesamowity, całkiem inny niż w Warszawie pod względem repertuaru. Uderzają o zmysłowość.
A przed tymi infantylnymi idiotami z aparatem miałam niestety \'zaszczyt\' stać. Nie popisali się inteligencją... a bardzo przeszkadzali.