dr hab. prof. UŚ Jacek Warchala dr hab. prof. UŚ Jacek Warchala

(© archiwum Jacka Warchali)

Z prof. Jackiem Warchalą, językoznawcą z Uniwersytetu Śląskiego, rozmawiamy o "brifowaniu klienta", "czelendżowaniu" oraz wpływie internetu na sposób komunikowania się Polaków.

Czy korpomowa to coś nowego, czy to rodzaj slangu jak u wędkarzy czy myśliwych?

Nie lubię używać pojęcia korpomowa, bo to żargonowe wyrażenie, wolę mówić język korporacyjny. To nie jest zjawisko nowe z punktu widzenia historii języka, choć nasiliło się w ostatnich latach wraz z powstaniem wielkich korporacji w Polsce. Mamy tu w gruncie rzeczy do czynienia z językiem profesjonalnym, czyli profesjolektem - rodzajem stylu funkcjonalnego języka polskiego, który "obsługuje" pewną sferę zawodową. Charakteryzuje się, najogólniej, nadmiarem słownictwa obcego, głównie angielskiego, zazwyczaj ze sfery marketingu i ekonomii.

Obce słownictwo przenika do naszego języka od zawsze.

Otóż to. Taki przykład języka profesjonalnego Tuwim pokazał w znanej humoresce o ślusarzu - była to próbka profesjolektu rzemieślników, gdzie (w zasadzie do dziś) mamy mnóstwo zapożyczeń np. z języka niemieckiego.
Cywilizacja techniczna przyszła do nas z zewnątrz, np. z Niemiec i razem z nowinkami technicznymi przejmowaliśmy obce określenia techniczne, stąd u Tuwima słynne: "Jak ja mam bez holajzy lochbajtel kryptować?"


Jednak używamy często wyrażenia "korpomowa", więc coś musi znaczyć.

Jestem skłonny nazwać korpomową grupę słownictwa, która przechodzi do żargonu określonej grupy zawodowej - to trochę coś innego niż język profesjonalny. Wyrażeniami tymi posługują się członkowie danej grupy zawodowej tylko między sobą. Denerwuje nas jednak nadużywanie tych słów i wyrażeń zwykle raczej przez adeptów korporacji czy agencji reklamowych. Tutaj usłyszymy, że "brifuje się klienta" i "czelendżuje", a pracujemy na "dedlajnie". To jest właśnie żargon i jest on efektem manieryzmu językowego. Ma jednak drugą stronę, bo wzmacnia funkcję tożsamościową członków danej grupy zawodowej.

Taki "deadline" funkcjonuje nie tylko w korporacjach, dzieci w szkołach też tak mówią.

Hmm, ciekawe! To pewnie efekt przenikania pewnego typu słownictwa do naszego języka potocznego. Można się zastanowić, czy to jest dobre, czy złe? Mam liberalne stanowisko, gdy idzie o takie zjawisko. Język zawsze się rozwija. Jeśli brakuje nam jakiegoś wyrażenia lub nowe wyrażenie jest lepsze z jakiegoś punktu widzenia, to w zasadzie dobrze, że go sobie zabierzemy. Jeśli mamy własne określenie i zastępujemy je obcym niepotrzebnie, to jest już coś, co określiłbym jako snobizm językowy, prowadzący zwykle do śmieszności.

Najprostszy przykład takiego użytecznego zapożyczenia?

Dizajn (z angielskiego języka "design") oznacza projekt, model, wzór, ale dla plastyka i projektanta w agencji to wygląd, kształt, kolorystyka nadana jakiemuś projektowi, np. przedmiotu lub plakatu. To bardzo precyzyjne określenie w branży reklamowej, które trudno zastąpić jakimś jednym polskim określeniem. Podobnie jest z public relations. W zasadzie nie mamy polskiego odpowiednika dla tego typu działań marketingowych, choć próbowano kiedyś zastąpić je wyrażeniem "promocja reputacji". Ale PR jest wyrażeniem fachowym i używa się go powszechnie, jest profesjonalizmem właśnie i nie uznaliśmy za potrzebne jego tłumaczenie. Termin ten przeszedł zresztą do języka ogólnego i jest chyba powszechnie używany i zrozumiały. To samo z płytą CD. Również lizing (z ang. "leasing") trudno zastąpić, bo precyzyjnie wskazuje na specyficzny rodzaj użyczenia jakiegoś towaru, np. samochodu i nasze "raty" nie oddają tej specyfiki, tym bardziej chyba „dzierżawa”.

Dlaczego tak lubimy zapożyczać z angielskiego. Jesteśmy wciąż zapatrzeni w Zachód, czy są jakieś inne powody?

Tu jestem deterministą i uważam, że to konieczność dziejowa. Byliśmy kiedyś w orbicie kultury łacińskiej, skąd zapożyczyliśmy np. słowo "kościół", byliśmy pod wpływem silnej kultury romańskiej i zapożyczaliśmy z języka francuskiego, stąd np. nasz i nie nasz "parasol". Teraz dominującą cywilizacją jest cywilizacja anglosaska. Stamtąd czerpiemy różne wzorce, trendy literackie, naukowe, nowinki technologiczne. Jesteśmy w orbicie ich cywilizacji i staramy się dotrzymać kroku - stamtąd przyszła do nas reklama z jej określeniami, stamtąd cała sfera słownictwa komputerowego itd.

Język się dynamicznie zmienia, czy internet odgrywa tu kluczową rolę?

Rzeczywiście, internet agreguje nowy typ języka w różnych kierunkach. Jednak język nie zawsze idzie w dobrym kierunku. Ten internetowy nieco "psieje", coraz więcej mamy niechlujnych żargonowych wyrażeń, wulgaryzmów, potocyzmów w użyciu publicznym, prób "reformowania" ortografii. Ale język szuka nowych dróg. Dynamika komunikowania rodzi potrzebę nowego języka. W sieci jest mnóstwo takich przykładów. Język staje się tu często rodzajem szyfru w tym sensie, że używa się go tak, by dotarł tylko do określonej grupy ludzi.

Nie wydaje się Panu, że kolejne wydania "Słownika poprawnej polszczyzny" będą coraz częściej pojawiać się z aktualizacjami w nowych wydaniach?

Bardzo możliwe. W latach 60. czy 70. mieliśmy dużo zapożyczeń z niemieckiego czy rosyjskiego. Było to piętnowane, a podejście językoznawców miało charakter rygorystyczny. Dziś punkt ciężkości przeszedł w stronę uzusu. To społeczeństwo wyznacza normy, a językoznawcy bardziej się temu przyglądają, niż wpływają na jego formę.
Społeczeństwo, na dobre czy na złe, zaczyna wyzwalać się spod władzy słowników. Choć to zapewne przedwczesna diagnoza i może tylko chwilowa tendencja.


Czyli demokracja objęła również język.

Demokracja również ugryzła język. Kiedyś językoznawcy i pisarze byli autorytetami, dziś już przestają nimi być w takim stopniu, jak kiedyś. Jeśli jest to odchylenie w jedną stronę, to mam nadzieję, że przyjdzie i w drugą. W dobie komunikacji totalnej nie sposób nad tym zapanować. Dziś media kształtują nasz język. W czasach, gdy był tylko jeden program telewizji czy radiu, to można było centralnie kształtować język. Teraz w mediach może wypowiadać się każdy, stosując wszelkie formy. Z jednej strony to piękne i jakże demokratyczne, z drugiej dochodzi czasami do ogromnego zaśmiecania języka.

Czy powinniśmy się zapoznać ze słownictwem korporacyjnym, by zrozumieć kogoś w codziennej sytuacji?

Mam nadzieję, że nie. Rozumiemy, że pewne słownictwo funkcjonuje i musi funkcjonować jako zawodowe, "wewnętrzne", ale mamy język ogólny oraz potoczny, do którego nie wszystkie słowa muszą dopływać. Jeśli ktoś mówi takim slangiem w sytuacji niezawodowej, w sferze publicznej, ale także towarzyskiej, to albo się zgrywa, albo nie jest w pełni kompetentny komunikacyjnie.


Hallo

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Wnuk polonistki (gość)

Trochę? Co drugi wyraz po angielsku. Jesteśmy w Polsce czy jakiejś koloni polskojęzycznej?