O premierze "Gwiezdnych wojen: Przebudzenie mocy", kulcie związanym z gwiezdną sagą oraz fenomenie opowieści o rycerzach Jedi i Sithach rozmawiamy z Andrzejem Czajką z Łódzkiego Fanklubu Star Wars.

Do premiery "Gwiezdnych wojen: Przebudzenia mocy" zostało raptem kilka tygodni. Emocje wśród rzesz wielbicieli filmowej opowieści o walkach na miecze świetlne, stawianiu oporu pokusom ciemnej strony mocy i walkach statków powietrznych w kosmosie sięgają zenitu. Wszystkie bilety do kin na premierę (w Polsce 18 grudnia, na świecie 8 dni wcześniej) są już praktycznie zarezerwowane. Wypuszczono już trzy trailery najnowszej produkcji, na podstawie której powstało mnóstwo spekulacji i domysłów. Nowi bohaterowie pomieszają się ze starymi, a losy świata znów będą zagrożone.

To będzie ważne wydarzenie, otwierające nową trylogię filmów George'a Lucasa. O tym, że Skywalker zawsze powraca na dobrą ścieżkę rozmawiamy z Andrzejem Czajką, członkiem Łódzkiego Fanklubu Star Wars, jednej z największych takich grup w Polsce.

W jakim był Pan wieku, gdy po raz pierwszy obejrzał "Gwiezdne wojny"?

Nie pamiętam dokładnie, ale odkąd sięgam pamięcią, to w mojej mentalności zawsze gdzieś istnieli rycerze Jedi i Sithowie (śmiech). Jako pierwsze obejrzałem "Mroczne widmo" w telewizji, chyba w wieku 4 lat. Ojciec mnie zachęcił. Wtedy wszystko się zaczęło i mogłem oglądać wszystkie części na okrągło. Zakochałem się w tym cyklu i nie mogłem się doczekać następnych filmów.

A na czym właściwie polega fenomen tej sagi, która od dziesiątek lat ma fanów na całym świecie, a postacie w niej występujące zna praktycznie każdy? Nieliczni krytycy twierdzą, że to przecież w zasadzie prymitywna opowiastka science fiction, jakich mnóstwo.

Na ten fenomen składa się wiele aspektów. Głównym powodem, dla którego te filmy tak mocno wpisały się w naszą kulturę, jest niecodzienny sposób opisania historii, która towarzyszy nam od zarania dziejów, czyli starcia sił dobra ze złem. Tutaj pokazane jest ono w formie walki jasnej strony mocy z ciemną. "Gwiezdne wojny" poruszają wiele kwestii mentalnych i psychologicznych. Najbardziej jest to widoczne w "Imperium kontratakuje" i "Powrocie Jedi". W sadze znajdziemy też ciekawe postacie i miejsca, a także efekty specjalne, które jak na tamte czasy, zapierały dech w piersiach. Dużą rolę odgrywa też sposób przedstawienia bohaterów, a także zawarte w filmach akcenty humorystyczne, dzięki którym zaprezentowane historie nie są mroczne. Wiele sytuacji spotykanych w "Gwiezdnych wojnach" można też odnieść do osobistych przeżyć.

Na podstawie oficjalnych informacji i zaprezentowanych trailerów, czego Pan oczekuje od najnowszej części pt. "Przebudzenie mocy"? I czy nie boi się Pan, że Disney po prostu sprofanuje kultowe dzieło?

Oglądając zwiastuny, czytając doniesienia prasowe i obserwując oficjalne komunikaty, można dojść do wniosku, że "Przebudzenie mocy" będzie zawierać w sobie wiele elementów znanych fanom z "Dziedzictwa" i "Starej Republiki". Widać to po kreacji strojów czy chociażby konstrukcji statków kosmicznych. Zastanawiający jest fakt, że na zaprezentowanym oficjalnie plakacie i w trailerach nie ma Luke'a Skywalkera, co skłania do refleksji. Ciekawym zabiegiem jest ukazanie w zwiastunie sceny, w której Han Solo przyznaje, że opowieści o Jedi, Sithach i mocy są prawdziwe. Zabawnie zostało to zestawione przez fanów ze sceną z "Nowej Nadziei", w której "łajdak" wyśmiewa to, co Obi-Wan mówi Luke'owi na ten temat. Nowa część zapowiada się więc ciekawie. Niestety, po ukazaniu się najnowszego trailera entuzjazm, związany z wyczekiwaniem na grudniową premierę, opadł. Wielu fanom się on podoba, ale jest też spore grono rozczarowanych osób. Ta druga grupa zastanawia się, czy "Przebudzenie mocy" dorówna poprzeczce postawionej przez wcześniejsze części gwiezdnej sagi George'a Lucasa. Na pewno nie będzie stuprocentowo odpowiadać stylowi pierwszych sześciu części, ale nie można z góry założyć, że to będzie to miało negatywny efekt.



Na fanowskich forach można się spotkać z opiniami, że w tak oczekiwanej najnowszej części dobrze nam znane postacie Hana Solo, księżniczki Leii i Luke'a Skywalkera zostały wprowadzone trochę na siłę, tak aby zrobić ukłon w stronę ortodoksyjnych fanów części z lat 70. i 80. To ma rzekomo zaburzyć odbiór nowej opowieści.

Nie zgadzam się z tym, że zostali w scenariuszu ujęci na siłę. W wielu książkach, na przykład w serii "Fate of the Jedi", ci bohaterowie występują i doskonale realizują się w tym, co robią, mimo upływu lat. Muszę tutaj podkreślić ważną kwestię. Otóż stara i nowa trylogia powstały dla zupełnie innych pokoleń widzów. Na przykład moi rodzice, jak i inne osoby oglądające jako pierwszą starą trylogię, patrzą na cały świat "Gwiezdnych wojen" przez jej pryzmat. Podobnie my będziemy patrzeć na "Przebudzenie Mocy" z perspektywy poprzednich sześciu części.

Co Pan powie na całkiem popularną interpretację świata "Gwiezdnych wojen", zgodnie z którą Palpatine (jeden z głównych antagonistów "Gwiezdnych wojen") i Imperium stanowią stabilną monarchię, która zniszczyła wcześniejszą skorumpowaną republikę? To oni w tym ujęciu mają dbać o porządek w galaktyce, zaś rebelianci są w istocie terrorystami i niebezpiecznymi wywrotowcami. Tuż przed ostatnimi wyborami prezydenckimi z takiego twierdzenia zasłynął Grzegorz Braun, jeden z kandydatów.

Takie spojrzenie na sagę jest szeroko znane wśród jej wielbicieli. Opiera się ono głównie na książkach i komiksach opisanych z perspektywy Sithów. Użytkownicy ciemnej strony mocy są wtedy przedstawieni jako "ci dobrzy". To dość ciekawy punkt widzenia, sprzeczny z tym, co Lucas pokazał w swoich dziełach. Ich bezwzględne działania stanowią akt sprzeciwu wobec skorumpowanego, zepsutego świata, pilnowanego przez "nieudolnych" Jedi, wspierających chory system Republiki. Cele Sithów są przedstawione jako szczytne. Na przykład Darth Bane chciał przywrócić porządek, bo nie zgadzał się z tym, co reprezentowali ze sobą wczesny zakon Sithów, Republika czy Jedi. Ustrój panujący w galaktyce do czasów "Zemsty Sithów" nie był idealny. Urzędnicy byli skorumpowani, a Jedi nie byli w stanie sami utrzymać porządku w Republice. Zgodnie z niektórymi teoriami od "Wojen klonów" do "Nowej nadziei" pod rządami Imperatora, pomimo tyranii i ucisku, obserwowaliśmy ogromny postęp technologiczny i społeczny, co świadczy o poprawie funkcjonowania administracji starego porządku. Oglądając starą trylogię, widzimy jednak, że galaktyka wcale nie jest taka cudowna i rozwinięta.

Można różnie rozumieć świat Lucasa, ale nie zmieni to prawdziwego wydźwięku gwiezdnej sagi, czyli walki pomiędzy dobrem a złem, w której to pierwsze zwycięża. Cała reszta to zabawa intelektualna fanów.




© mat. prasowe

Kadr z "Gwiezdnych wojen. Przebudzenia mocy", mat. prasowe


A jak Pan się odnosi do spekulacji oraz oczekiwań części fanów dotyczących Luke'a Skywalkera i jego przejścia na ciemną stronę mocy? Jeszcze kilka miesięcy temu sam Mark Hamill, odgrywający tę postać, twierdził, że takie będą losy tej postaci.

Zacznijmy może od wyjaśnienia, że w "Powrocie Jedi" rozważano trzy zakończenia. To, które widzieliśmy, było przez Lucasa najsłabiej forsowane. Rozważał dwa inne. W jednej wersji Luke miał zabić swojego ojca, nałożyć jego hełm, przechodząc na ciemną stronę mocy i wypowiadając słowa: "ja jestem nowym Vaderem", a także zdławić rebelię, dając się zmanipulować Palpatine'owi. Druga wersja zakładała, że Luke'owi nie udało się przywrócić równowagi w mocy, bo zginął podczas walki z Vaderem albo Imperatorem. Wtedy na jego miejsce miała wejść Leia, przeszkolona przez ducha Obi-Wana. Poprowadzona nową ścieżką mocy, doprowadziłaby do obalenia imperium. Przecież w "Imperium kontratakuje" pojawia się kwestia: "jest jeszcze jeden Skywalker". Czyli jest jeszcze nadzieja.

W twórczości książkowej po "Powrocie Jedi" możemy spotkać wątek, w którym Luke przechodzi na ciemną stronę mocy i staje się sługą odrodzonego Palpatine'a. Esencja ducha Imperatora zostaje "przelana" do klona jego ciała. Jednak ostatecznie przy udziale pozostałych protagonistów sagi udaje się zawrócić Skywalkera z ciemnej strony, a Imperatora zniszczyć. Dziś wiemy, że Luke na pewno nie jest występującym w najnowszej części Kylo Renem, ale nigdzie nie jest też powiedziane, że nie skusi go ciemna strona. Ta wizja przewija się przez świat "Gwiezdnych wojen", jednak ostatecznie Skywalker zawsze powraca na dobrą ścieżkę.




A jaka jest Pańska ulubiona postać z tego uniwersum?


To bardzo trudne pytanie. Znając ten świat od podszewki, ciężko wybrać jednego bohatera. Postacie, które mi się podobają to: Luke Skywalker, Obi-Wan Kenobi czy księżniczka Leia. Natomiast długo nie mogłem się przekonać do Hana Solo, aż zacząłem czytać książki, w których się pojawia. Tam jego obraz jest nieco inaczej przedstawiony niż w filmie, wydaje mi się bardziej przystępny.

Przejdźmy do działalności Łódzkiego Fanklubu Star Wars. Jakie są formy Waszej działalności, poza konwentami? Wiem, że szyjecie też stroje i budujecie repliki różnych "starwarsowych" pojazdów.

Oczywiście organizujemy regularne spotkania naszego fanklubu, a także dyskusje czy gry związane ze światem "Gwiezdnych wojen". Najbliższym wydarzeniem jest wielkie starcie na laser arenie pomiędzy członkami fanklubu "Gwiezdnych wojen" z Łodzi i ze Skierniewic. Zjawiamy się też oczywiście na każdym tematycznym konwencie w Polsce. Mamy swoją reprezentantkę - Renę, która odpowiada za cosplay. Świetnie wywiązuje się ze swojego zadania.

Co do strojów i modeli, to mamy ich sporo. Koszty ich przygotowania zależą oczywiście od konkretnego ubrania czy bolidu. Najprostsze jest skompletowanie kostiumu Hana Solo. W naszym fanklubie mamy podzielone role. Nie jest tak, że do realizowania wyżej wymienionych projektów zobowiązani są wszyscy członkowie. Każdy spełnia się w tym, w czym czuje się najlepiej. Bardzo dobrze pracuje się i bawi w tak przyjemnym towarzystwie.




Nie sądzi Pan, że ten swoisty kult "Gwiezdnych wojen" idzie już w pewnych kręgach za daleko? Jakiś czas temu w spisach powszechnych w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Australii czy Nowej Zelandii mieszkańcy deklarowali się nawet jako wyznawcy jediizmu.


To jest zabawny precedens. Od samego początku Lucas podkreślał, że jest przeciwny czemuś takiemu. Wykreował historię o Jedi i mocy po to, żeby ludzie zaczęli się zastanawiać nad własnymi wartościami i ich rolą w życiu człowieka. Nigdy nie chciał doprowadzić do powstania "kościoła" Jedi, a wziął się on z niezdrowego zafascynowania tym światem.

Zobacz wideo:
Bał się, że nie zdąży obejrzeć najnowszych "Gwiezdnych wojen" przed śmiercią. Udało się

Źródło: CNN Newsource/x-news

Hallo

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!